"MALUJĘ TO, CO MI W DUSZY GRA"

Młoda, zdolna i niezwykle sympatyczna. Do końca stycznia w Bibliotece Miejskiej w Imielinie można oglądać wystawę jej prac „Krajobrazy tęsknoty”, będących malarskim zapisem piękna Bojszów. Magdalena Piekorz opowiada o swojej pasji, uroku rodzinnej wioski i… Buenos Aires.

REKLAMA

Rozmawiała Joanna Knapik

Pamiętasz swoje pierwsze farby?

Nie, to musiało być w głębokim dzieciństwie. Maluję od zawsze, pędzel miałam w ręku jeszcze zanim nauczyłam się czytać. Na początku malowałam zwykłymi farbkami, tzw. akwarelkami w płaskiej, plastikowej kasetce. Strasznie się rozlewały i powodowały, że kartka papieru falowała od wilgoci. Potem przyszedł czas na plakatówki.

Wtedy już wiedziałaś, że malowanie to będzie twój sposób na życie?

Zanim poszłam do „zerówki” miałam dwie pasje – malowanie i czytanie książek. Wymyśliłam sobie wtedy, że fajnie byłoby to połączyć i postanowiłam zostać ilustratorką książek dla dzieci. W gimnazjum zaczęłam kurs u Ireneusza Botora w Galerii Miriam w Tychach. W tym momencie wiedziałam już, że moją przyszłością jest sztuka, a wybór studiów artystycznych był właściwie oczywisty.

Nosisz bardzo znane imię i nazwisko. Pomaga ci to w karierze?

Raczej przeszkadza. Wiele osób myli mnie z „filmową” Magdaleną Piekorz, pyta, czy jesteśmy rodziną. A nas – oprócz wspólnego przodka kilka pokoleń wstecz – nic nie łączy. Jak każdy artysta chcę być traktowana indywidualnie, chcę być postrzegana przez pryzmat tego, co robię. Niestety, jest mi trudniej tworzyć markę własnego nazwiska, mając taką konkurencję. Chyba będę musiała pomyśleć o jakimś pseudonimie artystycznym (śmiech).

Planujesz z malowania zrobić zawód, a z nazwiska rozpoznawalną markę?

Byłoby świetnie, gdyby ludzie kupowali moje obrazy, bo „chcą mieć na ścianie Magdę Piekorz”. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że to bardzo niepewny kawałek chleba. W dzisiejszych czasach trzeba mieć stabilny zawód. Malarstwo jest moim hobby i chciałabym, żeby nim pozostało, żeby było odskocznią od prozy życia, a nie jej składnikiem. Nie chcę malować komercyjnie, kierując się gustem potencjalnych kupców. Uważam, że to zabija sztukę. Artysta przestaje być wolny, staje się zakładnikiem odbiorców i każde pociągnięcie pędzla przelicza na pieniądze. Nie maluję też zgodnie aktualnymi trendami – konceptualizm, abstrakcja nie są w stanie wyrazić tego, co czuję. A w sztuce najfajniejsze jest właśnie to, że pozwala mi robić to, co chcę, czuję, co dla mnie ważne.

A czy przez to świadome odrzucanie malarskich mód nie słyszysz czasem zarzutów, że twoje malarstwo jest „mieszczańskie”?

Nie, wręcz przeciwnie. Często słyszę „a dlaczego to jest takie rozmazane? Dlaczego las nie jest realistyczny?” Gdybym już miała umiejscowić się w jakimś kierunku w sztuce, to byłby to ekspresjonizm i impresjonizm. Maluję to, co mi w duszy gra; chciałabym, by zagrało też w duszy odbiorcy. Łapię przelotne chwile i utrwalam je takimi, jakimi je widzę, a nie jakimi są w rzeczywistości. Do utrwalania rzeczywistości zdecydowanie wygodniejszy jest aparat fotograficzny (śmiech).

Jak więc widzisz Bojszowy – rodzinną wieś, którą z takimi emocjami utrwaliłaś w swoich obrazach?

Widzę ją jako miejsce, gdzie człowiek może być sobą, gdzie nie musi wstydzić się swoich uczuć. Słyszałam od znajomych, że

podobno Bojszowy były przedmiotem badań socjologicznych i zostały w jednej z prac naukowych zaliczone do wsi idealnych. I właściwie trudno temu zaprzeczyć

– to spokojna, bardzo bezpieczna miejscowość. Doskonałe miejsce, by się odstresować, zwolnić, pomedytować trochę, pobyć z samym sobą… A jednocześnie ludzie są niezwykle serdeczni, ciepli i ciekawi nowych osób, chętni do pomocy.

Masz swoje ulubione miejsce w Bojszowach?

Tak. To okolice mostku nad Gostynką między Bieruniem a Bojszowami.

Na wernisażu twojej wystawy w Imielinie obecny był wójt Bojszów. Peszyło cię to?

Nie. Czułam się dzięki temu pewniej. Wójt bardzo wspiera działania z zakresu kultury i sztuki. Jest dumny z naszych, bojszowian, osiągnięć. Ta życzliwa obecność była dla mnie bardzo ważna. Podobnie jak obecność mojej rodziny i przyjaciół.

Na wernisażu wystawy Magdaleny Piekorz był obecny wójt Bojszów Henryk Utrata

Twoja przyjaciółka Aleksandra Hachuła powiedziała, że jesteś dziołchą, która godo i się tego nie wstydzi…

Ja, Ola mo racjo! Czuję się Ślązaczką i bardzo cenię naszą kulturę. W naszym domu się godo, kultywuje tradycję. Staram się także pewne elementy śląskiej kultury, przefiltrowane przez mój sposób widzenia świata, wplatać do obrazów. Jestem bojszowianką z dziada pradziada.

Udokumentowany rodowód mojej rodziny sięga XVII wieku – ze strony taty wszyscy przodkowie byli z Bojszów. Fajnie jest mieć świadomość, że należy się do tego miejsca.

Wyjechałaś do Argentyny ze względów osobistych i rok spędziłaś w Buenos Aires. Zostały ci jakieś malarskie wspomnienia po tym dość egzotycznym miejscu?

Sporo malowałam, ale wszystkie obrazy zostały na miejscu. Gdybym chciała przewieźć je do Polski samolotem, rachunek byłby astronomiczny. Żyłam tam intensywnie, więc wspomnień mam sporo. Lubię przygody, lubię poznawać ludzi i inne kultury. To wszystko było dla mnie inspiracją.

Coś szczególnie utkwiło ci w pamięci z tego wyjazdu?

Ze względów artystycznych był to inspirujący rok. Sztuka w Argentynie jest traktowana inaczej niż w Polsce. Latynoski luz i ciepło da się odczuć także w tej dziedzinie. Sztuka jest obecna w życiu codziennym, street art czy ambitne graffiti można napotkać na każdym rogu. Jest kolorowo i kreatywnie, często zabawnie, a biedne i odrapane budynki często zyskują nową wartość. Dlatego mimo niebezpieczeństw z tym związanych, lubiłam spacerować ulicami Buenos Aires, bo w prawie każdej przecznicy czekała na mnie inspirująca niespodzianka.

Masz jeszcze jakieś inspiracje z innych wyjazdów?

Tak, wielką przygodą był wcześniejszy wyjazd do USA w ramach programu Work & Travel. W Stanach sporo podróżowałam i zwiedzałam – głównie muzea sztuki. Byłam w kultowym MoMA (Museum of Modern Art w Nowym Jorku), gdzie mogłam do woli napatrzeć się na impresjonistów, szczególnie na ukochane Nenufary Moneta. Ale w głowie zostały mi także inne migawki, np. ta z Ocean City, gdzie na deptaku jakiś Amerykanin w dresie kupił ot tak, obraz za 3000 dolarów i niósł go potem do domu pod pachą. Niestety, nie był to mój obraz (śmiech).

Będziemy mogli zobaczyć te migawki w twoich obrazach?

Wspomnienia z Buenos Aires i USA będą mnie inspirować do końca życia, ale w obrazach będzie wracał raczej klimat, impresje, niż dosłowne cytaty. Nie mam potrzeby wracania do przeszłości.

W takim razie spytam cię o przyszłość – masz już plany?

Jestem wolnym duchem. Jeszcze nie zdecydowałam konkretnie co chcę robić i gdzie. Na pewno będę teraz pracować nad zdefiniowaniem własnego stylu. Żeby po jakimś czasie ktoś spojrzał na obraz i bez zerkania na podpis powiedział: „O! Magda Piekorz!” I żeby wiedział, że nie chodzi o słynną reżyserkę (śmiech).

POWRÓĆ DO STRONY GŁÓWNEJ

POWRÓĆ DO STRONY GŁÓWNEJ
Dodaj komentarz
Aby uniknąć każdorazowego podawania nicku oraz przepisywania kodu z obrazka, zarejestruj się.
Jeśli masz swoje konto, zaloguj się.
Komentarze
  • ~Tacyt bieruński
    2015-01-28

    Szanowna Redakcjo - pisze się i mówi po Śląsku "godo" a nie "goda".
    Pozdrawiam