Musimy myśleć o przyszłości

- Nie oszukujmy się. Jeśli dziś nie wypracujemy planowego odchodzenia od węgla, takiego, które nie nastąpi z dnia na dzień, ale będzie rozłożone na kilkadziesiąt lat, to największą cenę zapłacą właśnie górnicy - ostrzega Łukasz Moll, członek Rady Krajowej Partii Zieloni*. Ciąg dalszy naszej debaty wokół planu wprowadzenia ustawy anty-smogowej przez rząd.

Rozmawiał Dominik Łaciak

 
Rząd zapowiedział przyjęcie programu anty-smogowego, w wyniku którego palenie węglem w domach będzie zabronione. Czy to słuszne rozwiązanie?
 
Ten natychmiastowy sprzeciw jest zrozumiały. Poziom ubóstwa energetycznego w Polsce (sytuacja, w której gospodarstwo domowe nie ma dostępu do energii) jest niepokojąco wysoki. Z danych GUS z 2008 roku wynika, że ponad 40% gospodarstw domowych przeznacza na ten cel ponad 10% swoich dochodów. Ludzie boją się, że będzie drożej. W dodatku wszyscy stoimy na węglu. Rodziny ze Śląska dobrze pamiętają, do jakich problemów społecznych doprowadziło zamykanie kopalń.
 
Ale jest jeszcze druga strona medalu.
 
Jaka?
 
Ta ustawa to próba naruszenia energetycznego status quo, a wiemy już, że to status quo jest złe. Nie możemy dłużej udawać, że nic się nie dzieje. W Krakowie, gdzie takie prawo zacznie działać od przyszłego roku, mamy do czynienia z katastrofą! Zanieczyszczenie przekracza tam normy nawet o 400% (ilość zawieszonego w powietrzu pyłu), a w radiu się apeluje, by mieszkańcy bez powodu nie wychodzili z domu. Z tym trzeba coś zrobić.
 
No właśnie. W Krakowie to obywatele wymogli na władzach wprowadzenie zakazu palenia węglem.
 
Przyzwyczailiśmy się do tego, że gminy budują pokazowe „wodotryski”, stadiony czy aquaparki. Dlatego takie zainteresowanie wzbudziło przypomnienie politykom, że jakość powietrza jest jednym z zadań własnych gminy. To politycy są za nią odpowiedzialni.
 
Ale właściwie po co nam czystsze powietrze?
 
To, co zaoszczędzimy na grzaniu, zaraz wydamy na służbę zdrowia. Wszyscy wiemy, w jakim ona jest stanie i że w praktyce do leczenia w Polsce dokłada się z własnej kieszeni. Żyjemy w czasach, w których rozwoju nie mierzymy już XX-wiecznymi kryteriami - np. tonami wydobytego węgla czy wytopionej stali. Nawet PKB odchodzi powoli do lamusa. Dziś o rozwoju świadczą takie czynniki jak jakość opieki zdrowotnej, edukacji, dostęp do kultury czy, no właśnie, jakość środowiska naturalnego. Nasze województwo potrzebuje zmian, by poprawiać wyniki w tych dziedzinach. 
 
Sam przyznałeś jednak, że stoimy na węglu.
 
Tak, póki co stoimy, ale to sytuacja nie do utrzymania. Musimy myśleć przyszłościowo.
 
Węgiel będzie się wyczerpywał, jego wydobycie będzie coraz trudniejsze i bardziej kosztowne. W dodatku Unia Europejska ma własną politykę energetyczną, która w służbie klimatu i „trzeciej rewolucji przemysłowej" zakłada i tak nieuniknione odchodzenie od czarnego złota. Gdy nasze społeczeństwo zobaczy, że pojawia się tańsza alternatywa dla węgla w postaci energii odnawialnej, będzie coraz mniej skłonne akceptować przywileje górnicze.
 
Zastanówmy się, jaki region chcemy zostawić naszym dzieciom i wnukom?
Z pozamykanymi, nierentownymi kopalniami, dla których nie stworzono alternatywy rozwojowej, która mogłaby dać ludziom miejsca pracy?
 
Ze zdegradowanym środowiskiem, z którego młodzi będą uciekać jeszcze częściej do państw rozwiniętych, opartych na czystych technologiach? Musimy ponieść pewne koszta dziś, by uchronić się przed znacznie wyższym kosztami społecznymi jutro – w postaci nowej „terapii szokowej”.
 
Na razie szokiem może być wycofywanie się z węgla...
 
Tragedią naszego regionu jest właśnie brak alternatywy. Nasz regionalny rynek pracy jest monokulturowy, jest uzależniony od górnictwa. Na razie mówimy o spadku zapotrzebowania na węgiel opałowy, a to jest tylko przedsmak tego, co się będzie działo, gdy zmiany będą zachodzić w produkcji energii elektrycznej.
 
Nie oszukujmy się. Jeśli dziś nie wypracujemy planowego odchodzenia od węgla, takiego, które nie nastąpi z dnia na dzień, ale będzie rozłożone na kilkadziesiąt lat, to największą cenę zapłacą za to górnicy. Dlatego
 
najgorsze, co mogą teraz zrobić górnicze związki zawodowe, to hamować zmianę.
 
W trosce o miejsca pracy i rozwój regionu górnicy mogliby stać się awangardą zmiany: oczekiwać od władz czytelnych zobowiązań, kompleksowej strategii na 50 lat. I dopilnować, by wątek miejsc pracy znalazł się w niej na pierwszym planie. Górny Śląsk może się uczyć od regionów, które podobną transformację już przeprowadziły, z niemieckim Zagłębiem Ruhry na czele.
 
Tymczasem w trakcie ostatnich targów górnictwa w Katowicach premier Donald Tusk zapewniał, że górnictwo jest przyszłością Polski. Teraz forsuje program anty-smogowy, a więc wysłał do ludzi dwa wykluczające się komunikaty: z węglem i bez węgla. Co, jeśli nie węgiel?
 
Jeśli premier jest takim przyjacielem węgla, to dlaczego jego rząd forsuje zupełnie bezsensowne plany budowy elektrowni atomowej w Polsce? Dlaczego z euforią podchodzi do pomysłu, że zagraniczne koncerny, wbrew lokalnym społecznościom, będą u nas wydobywać gaz łupkowy?
 
Stwierdził też, że „nie popadnie w entuzjazm” w związku z odnawialnymi źródłami energii (OZE). A z nich nie wolno nam zrezygnować! Takie są wytyczne UE, wiadomo też, że Polacy chętnie rozwijają OZE we własnych przydomowych instalacjach, chociaż rząd ich nie wspiera. Jestem ciekaw, jakim sposobem rząd chce utrzymywać górnictwo, a jednocześnie rozwijać atom, łupki i OZE? Może górnictwo ma być nastawione właśnie na eksport? Nie sądzę, żeby polscy górnicy byli skłonni konkurować płacowo z Kolumbijczykami czy Chińczykami. Już dziś jest to problem, Polska sprowadza rocznie 11 milionów ton tańszego węgla z zagranicy.
 
A co na to związki zawodowe?
 
Rozmawialiśmy z górniczymi związkami i one na szczęście doskonale rozumieją, że dla górnictwa znacznie lepsza jest sytuacja, gdy w miksie energetycznym obok węgla będzie rozwijała się energetyka odnawialna, a nie atomowa. Bo OZE nie opierają się na jednej, kosztownej, a przy tym niewiele dającej naszej energetyce inwestycji, ale rozwijają się w sposób rozproszony (na Zachodzie własne mini-elektrownie mają gospodarstwa domowe, firmy, miasta itd.) To setki tysięcy miejsc pracy, co jest niesłychanie ważne dla dzisiejszych górników. 
 
Węgiel ma przyszłość jako paliwo przejściowe w „zielonej transformacji” naszej energetyki.
 
To dobra wiadomość dla górników. Ale to od ich reprezentacji związkowej będzie zależało, czy węglowi faktycznie taka rola przypadnie. Paradoksalnie ekolodzy mogą być tu sojusznikiem górników. 
 
Stać nas w ogóle na taką zieloną modernizację?
 
To zwolenników status quo zapytałbym: czy stać nas na zaniechania? Czy możemy sobie pozwolić na to, żeby kolejny raz w historii Polska zaprzepaściła swoją szansę i utknęła w koleinach zacofania względem państw, które wejdą na nową ścieżkę rozwojową?
 
Jesteśmy na cenzurowanym w Unii Europejskiej, bo hamujemy jej ambitną politykę energetyczno-klimatyczną. Jestem przekonany, że gdyby nasi politycy przestali wcielać się w klimatologów i marnować czas na kwestionowanie globalnego ocieplenia (czego już nikt poważny na świecie nie robi) i zamiast tego domagali się specjalnego wsparcia finansowego, to byśmy je dostali. 
 
Dziękuję za rozmowę
 
 
POWRÓĆ DO STRONY GŁÓWNEJ
Dodaj komentarz
Aby uniknąć każdorazowego podawania nicku oraz przepisywania kodu z obrazka, zarejestruj się.
Jeśli masz swoje konto, zaloguj się.