A może tak: Teatr dla Dorosłych?

Aktorzy Teatru zaczepiani są na ulicy, w sklepach: „Widziałem, fajno robota robicie”. Dzwoni ksiądz-aktor i mówi: „to pozwala mi wyjść w inną przestrzeń, stać się na chwilę kimś innym”. Do tego wszystkiego dochodzi bodziec wspólnotowy: robimy to wszystko, żeby być razem – mówi Joanna Lorenc, autorka Teatru dla Dorosłych. 2 kwietnia premiera „Afery Makbecioka”.

REKLAMA

Rozmawiał Dominik Łaciak

Jak to się stało, że zrobiłaś aktorów z mieszkańców miasta?

Czyli jak się to wszystko zaczęło? Na „Jednoaktówkach po śląsku”, imprezie, która cyklicznie odbywa się w Teatrze Korez w Katowicach. Oglądałam jednoaktówkę Marcina Melona o Hanusiku i zaczęłam się zastanawiać, czy nie można by pokazać jej na scenie w Bieruniu? A może zespół teatralny dla dorosłych?

Po śląsku.

No tak, godka wymiera, dobrze znają ją głównie starsi mieszkańcy i między innymi dlatego pomyślałam, że to powinien być teatr dla dorosłych.

Zaczęłam szukać ludzi. Najpierw poszłam do państwa Rosowskich, wiedziałam, że interesują się działaniami w zakresie kultury i godają. Wtedy to było takie domowe godanie, a Sławek dzisiaj, po paru latach, nawet smsy wysyła po śląsku. Zrobiłam też nabór w Internecie. Do pierwszej sztuki zgłosiła się nawet pani z Łazisk Górnych, która dojeżdżała do nas przez cały rok.

Czyli łatwo poszło.

Skąd! Ludzie się bali, wiesz czego – „ Nie opanuję roli.., przecież to za dużo, żeby się nauczyć na pamięć…, wstydzę się”.

A jednocześnie coś ich pchało na scenę. I tak stworzyliśmy pierwszy zespół, całe 5 osób.

Zagraliśmy „Komisarza Hanusika” i „Freedland”, a w następnym roku nawiązaliśmy ścisłą współpracę z Melonem. Wkrótce graliśmy jednoaktówkę „Banhof”, o historii Śląska, zobrazowanego za pomocą zmieniającej się rzeczywistości dworca w Katowicach…

A jednak ludzie kojarzą was ze spektaklem „Cioplyta, czyli fto zachachmyncił utopca”.

Tak. To był taki pomysł, żeby Melon napisał coś kojarzącego się z Bieruniem. Ale nie chciałam, żeby to było takie wiesz, „legenda o utopcu w podaniach bierunian”. Raczej kryminał, przecież to specjalność Melona. Wymyśliłam: niech ktoś ukradnie utopca z rynku, a podejrzenie niech padnie na księdza, przewodniczącego rady i burmistrza. Co najlepsze – wszyscy zgodzili się zagrać swoje postaci!

I burmistrz wychodzi na scenę i mówi: „rynek wyglądo po czwartej choćby cmentorz, przecz tu nikogo ni ma, utopiec uciek z rynku, bo fto by chcioł woniać taki maras na wieczór”.

Pierwsi mówiliśmy o smogu (śmiech).

Postanowiliście sprzedawać bilety, mimo że to teatr amatorski. Nie obawialiście się, że mieszkańcy tego „nie kupią”?

Wyszliśmy z założenia, że aby ludzie nas docenili, powinniśmy sprzedawać wejściówki. Nie chcemy robić teatru, który sztukę gra tylko raz, przychodzą znajomi i rodzina, a potem nic. No i odzew przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. „Cioplytę” graliśmy 4 razy i zawsze przy pełnej widowni.

Jak radzą sobie aktorzy? Z tremą, pełną salą? Dla nich to chyba nowa sytuacja.

Najbardziej zestresowani jesteśmy tu przed występem. Czy mikrofony zadziałają? Muzyka zagra w odpowiednim momencie? Czy lampa się nie spali?

Najbardziej boimy się momentów, w których całkowicie blokuje nam aktora. Szczególnie przy długich monologach można się zaciąć. Jak aktor wraca wtedy za kulisy, to prawie mdleje (śmiech). A jednak warto! Wszystko wynagradzają przerywające spektakle salwy śmiechu i brawa, to niesie naszych aktorów. Trema opada w momencie. Nasi aktorzy są też zaczepiani na ulicy: „widziałem, fajno robota robicie”. Dzwoni ksiądz-aktor i mówi: „to pozwala mi wyjść w inną przestrzeń, stać się na chwilę kimś innym”. Do tego wszystkiego dochodzi bodziec wspólnotowy: robimy to wszystko, żeby być razem.

Jak często jesteście ze sobą?

Spotykamy się raz w tygodniu na 3 godziny i dajemy sobie niezły wycisk. A tuż przed  przed kolejną premierą, dwa, trzy razy w tygodniu.

Oczywiście nie zawsze małżonkowie są szczęśliwi, że ich żony czy mężowie siedzą w teatrze zamiast w domu (śmiech).

2 kwietnia w ramach Dni Teatru w Bieruniu zagracie „Aferę Makbecioka”. Czego mogą spodziewać się widzowie?

Nie mogę zdradzić za wiele – bez spojlerów! Ale jak to u Makbecioka, czyli to o tych, którzy do celu chodzą po trupach. Makbeciok ślonski chce zrobić wielką karierę. Co z tego wyniknie?

Będzie o Hucie Baildon (John Baildon, założyciel śląskiej huty, pochodzi ze Szkocji dop. red.), będą śląskie heksy w roli komentujących czarownic (wcielam się w jedną z nich). Dodam, że zadbaliśmy o scenografię – żadne tam amatorskie kartony. Na scenie znajdzie się familok. Zatrudniliśmy scenografa z Teatru Śląskiego. Więcej nie mogę powiedzieć.

Co dalej?

Myślimy o spektaklu z elementami musicalu. Czy damy radę? Kibicujcie nam.

Dziękuję za rozmowę

Rozmowa ukazała się na łamach kwietniowej Gazety Lokalnej.

(Uwaga! Wkradł się błąd. Autorem zdjęcia okładkowego w Gazecie Lokalnej jest Adam Mamok, a nie Mateusz Duraj, jak podaliśmy. Przepraszamy za zaistniałą pomyłkę).

POWRÓĆ DO STRONY GŁÓWNEJ
Dodaj komentarz
Aby uniknąć każdorazowego podawania nicku oraz przepisywania kodu z obrazka, zarejestruj się.
Jeśli masz swoje konto, zaloguj się.