WYZWOLONY Z ZIEMSKIEGO PIEKŁA. WSPOMNIENIA KS. JÓZEFA PIELORZA

- Zostałem wyzwolony przez Amerykanów z obozu koncentracyjnego Mauthausen-Gusen dopiero 5 maja. Ponieważ jestem jednym z nielicznych, którzy jeszcze żyją, więc wypada, abym o tym opowiedział - pisze ks. Józef Pielorz z Imielina.

W tym roku przypada 70 rocznica zakończenia II wojny światowej i wyzwolenia setek tysięcy więźniów z różnych niemieckich obozów koncentracyjnych.  Obóz Auschwitz-Birkenau został wyzwolony już 27 stycznia 1945 r., a obóz w Dachau 29 kwietnia. Ja zostałem wyzwolony przez Amerykanów z obozu koncentracyjnego Mauthausen-Gusen dopiero 5 maja. Ponieważ jestem jednym z nielicznych, którzy jeszcze żyją, więc wypada, abym o tym opowiedział.

Droga do obozu

Jak zostałem deportowany do obozów koncentracyjnych? W chwili wybuchu wojny byłem jako nowicjusz w klasztorze OO. Oblatów w Markowicach koło Inowrocławia. Niemcy nałożyli najpierw na zakonników areszt domowy z obowiązkiem pracy przymusowej w niemieckich folwarkach, a potem - 4 maja 1940 roku deportowano kleryków do obozu rozdzielczego w Szczeglinie koło Mogilna. Stąd po 3 dniach odesłano w transporcie 800 więźniów do obozu koncentracyjnego Dachau, a 2 sierpnia 1940 do obozu Gusen w Austrii (był to podobóz Mauthausen). W tym obozie zagłady zwanym przedsionkiem piekła przeżyłem dzięki Opatrzności Bożej i opiece Matki Bożej blisko 5 lat.

Planowana zagłada

Z rozkazu Himmlera wszyscy więźniowie mieli zginąć, by nie dać świadectwa o okropnościach tego miejsca. Cudem zostaliśmy ocaleni. Jak do tego doszło? Otóż z końcem kwietnia 1945 r. w Gusen schroniła się część policji i straży pożarnej z Wiednia - uciekli przed nadciągającymi wojskami sowieckimi. Powoli zaczęli zastępować esesmanów na posterunkach. Zgodnie z rozkazem władze obozowe postanowiły zgładzić wszystkich więźniów (było ich 18.646 w trzech obozach Gusen) w niedzielę 29 kwietnia 1945 r.

Byliśmy przyzwyczajeni, że jak tylko zawyją syreny, natychmiast trzeba uciekać do sztolni Messerschmitta, które służyły za schrony w czasie nalotów. Nic więc dziwnego że kiedy w tę niedzielę o godz. 10 zawyły syreny, wszyscy pobiegli do schronów. Dziwiło mnie jednak, że nie było słychać charakterystycznego turkotu samolotów, a z kilku wejść tylko jedno było otwarte, a inne zamurowane. Co więcej, przy wejściu stał esesman z karabinem gotowym do strzału - tego przy innych alarmach nie było. W sztolniach przebywaliśmy zwykle około godziny, a tym razem czas się przedłużał. Nie miałem zegarka, ale szacuję, że pozostaliśmy w sztolniach około 3 godzin. Wreszcie koło godziny 13 mogliśmy wyjść i wrócić do bloków.

Niezwykłe ocalenie

Okazało się, że sztolnie miały się stać największym pomnikiem hitlerowskiego barbarzyństwa, grobem około 18 tys. więźniów pochodzących z 28 narodowości, wśród nich 8 tys. Polaków.

Fot. Ks. Józef Pielorz przy sztolni, 
która miała być grobem więźniów

Dlaczego nie doszło do planowanej zagłady? Istnieją różne wersje. Sądzę, że wersja która krążyła wśród więźniów zaraz po oswobodzeniu, wydaje mi się  najbardziej prawdopodobna. Otóż austriacki elektryk zorientował się, o co chodzi. Nie mogąc brać na swoje sumienie śmierci tysięcy niewinnych, przeciął druty elektryczne w miejscu trudnym do znalezienia. Gdy więc esesman nacisnął guzik, połączenia nie było.

Po daremnych poszukiwaniach, które trwały przeszło godzinę, postanowiono wszystkich wypuścić. Eksperyment miał być powtórzony za kilka dni, Ale nie było na to czasu.

Wyzwolenie obozu

Wojska amerykańskie w błyskawicznym tempie doszły do Austrii. W tej sytuacji w nocy z 2 na 3 maja esesmani opuścili w popłochu obóz. Pilnowali go policjanci z Wiednia. Do pracy już nie chodziliśmy. Czekaliśmy (podobnie jak i nasi stróże) na przybycie Amerykanów. W nocy z 4 na 5 maja pociski artyleryjskie przelatywały nad naszym obozem jak kule ogniste. Z jednej strony na wzgórzu byli esesmani, a z drugiej strony czołgi amerykańskie. Jeden celny strzał z amerykańskiego czołgu wystarczył, by pozycja artyleryjska esesmanów stanęła w ogniu - jeszcze dzisiaj widzę w mojej wyobraźni ten olbrzymi słup ognia.

W obozie trwały przygotowania do przyjęcia wyzwolicieli. Szyto flagi, wyrabiano z papieru chorągiewki i sporządzano transparenty z odpowiednimi napisami. Rankiem 5 maja o godz. 11 dał się słyszeć turkot wozów. Jak wielu innych wspiąłem się na dach baraku, by więcej widzieć. Wypatruję, kto jedzie... krew skrzepła mi w żyłach, bo to były czołgi niemieckie. W pośpiechu zeskakiwaliśmy z dachów. Dzięki Bogu ta kolumna czołgów uciekała przed nacierającymi wojskami sowieckimi, aby poddać się amerykańskim. Mieli dosyć wojny. Wystarczyła ich jedna salwa, by cały obóz stanął w ogniu i byłoby po nas.

Przybycie Amerykanów

O godz. 17 jak zwykle ustawiliśmy się na apel wieczorny na placu apelowym. Czekamy... Nagle słychać turkot i po chwili amerykańska tankietka wjeżdża przed bramę obozową. Wyskakuje z niej dwóch żołnierzy amerykańskich z rewolwerami w ręku. Ponieważ nasi stróże już przedtem otwarli bramę, wywiesili białą chorągiew na znak poddania się, więc teraz tylko złożyli broń, zdając się na łaskę Amerykanów. 

Nastąpiły uroczyste przywitania, przemowy w języku angielskim i polskim. Jeden z Amerykanów, Albert Kośka, w pewnym momencie zapytał: - Kto was najwięcej dręczył? Wskazano mu jednego z najgorszych sadystów. Jednym strzałem położył go na ziemi.

Krwawe porachunki

Patrol amerykański zaraz po wyzwoleniu obozu odjechał. Więźniowie pozostali bez władzy... Zaczęli się mścić na swoich najgorszych oprawcach, ale tym o ludzkiej twarzy dali spokój. Część oprawców zdołała wydostać się z obozu, ale wielu zostało złapanych i na miejscu zakłutych nożami lub zabitych grubymi kijami. Całą noc palono ich ciała w krematorium.

W pamięci mam jeszcze jeden scenariusz z tych krwawych porachunków. Na moim bloku był niejaki Lipiński - Niemiec o polskim nazwisku. Był kapem w kamieniołomach Kastenhofen znanym ze swego znęcania się nad młodymi Rosjanami. Ponieważ wróciłem już na blok, więc w pewnej chwili zauważyłem, że Lipiński wpadł na blok, zabrał ze swojej skrytki pod podłogą kosztowności, które nagromadził i chciał uciec z obozu. Wtedy napadło go kilku młodych Rusków, rzucili go na ziemię i nożykami swojej roboty kłuli gdzie popadło. Ten bronił się rozpaczliwie i ryczał w niebogłosy... Nic nie pomogło. Zakłuli go na śmierć, a ciało zawlekli do krematorium na spalenie.

Tymczasem w obozie odbywała się grabież. Zgłodniali więźniowie wtargnęli do magazynów żywnościowych. Niektórzy z magazynów esesmańskich zabrali broń, motocykle, czy nawet auta. By zapobiec temu bałaganowi utworzono międzynarodowy komitet, który zorganizował oddziały zbrojne, na wypadek gdyby esesmani pozostający w okolicy odważyli się zaatakować obóz. Ja też jako absolwent przysposobienia wojskowego w Lublińcu zostałem zaciągnięty do tego „korpusu ochronnego" i otrzymałem karabin. Dzięki Bogu noc z 5 na 6 maja minęła spokojnie.

Moje losy

Rankiem 6 maja dowiedzieliśmy się, że Gusen będzie należało do strefy sowieckiej. Na tę wiadomość kto tylko mógł, opuszczał obóz i pieszo, czy różnymi wehikułami udawał się do Linzu - już w strefie amerykańskiej.  

Ja też po zabraniu mojej walizki w effektenkammer (magazynu mienia więźniarskiego), wyruszyłem do Linzu i po dwóch dniach, spędzając jedną noc pod gołym niebem, dotarłem do celu. Stąd po załatwieniu formalności udało mi się wyjechać do Włoch, gdzie po różnych przygodach przybyłem 29 czerwca 1945 r.

Ks. dr Józef Pielorz

Artykuł ukazał się w nr 5/2014 imielińskiej gazety "Kurier" - kliknij, żeby przeczytać. 

POWRÓĆ DO STRONY GŁÓWNEJ
Dodaj komentarz
Aby uniknąć każdorazowego podawania nicku oraz przepisywania kodu z obrazka, zarejestruj się.
Jeśli masz swoje konto, zaloguj się.
Komentarze
  • ~Migureak
    2017-10-30

    Buy Propecia Japan <a href=http://howtogetvia.com> ;viagra online prescription</a> Viagra Vendo Teilbar Levitra Rezeptfrei Generic Viagra Online Fast Shipping 112

  • ~hity z lędzin
    2015-07-01

    http://www.kurierledzinski.pl/ nagroda-specjalna-burmistrza.

    html